Korupcja w Meksyku

Czy w Meksyku można prowadzić biznes całkowicie legalnie, bez łapówek i korupcji?
Krótka odpowiedź brzmi: „najczęściej tak”, natomiast warto rozwinąć ten temat.
W umysłach większości osób przynajmniej częściowo zaznajomionych z kulturą Ameryki Łacińskiej, korupcja jest jednym z jej wyróżników. Poniekąd słusznie.
Większość Meksykanów – mimo raczej negatywnego stosunku do korupcji – sami, będąc stawiani w sytuacji, kiedy lekko naginając procedury mogą kogoś wspomóc (za drobną opłatą), bardzo często to zrobią. Być może będzie to dla Czytelnika zaskakujące, ale w systemie, gdzie wydajność pracy jest dosyć niska, a złożone i często absurdalne procedury spowalniają bieg spraw, można by wręcz pokusić się o stwierdzenie, że ta drobna korupcja jest wręcz smarem dla gospodarki.
Będąc nie do końca świadomym tych problemów, zakładając pierwszą spółkę w Meksyku, od złożenia wniosku do uzyskania pozwolenia na import towarów minęło pół roku, a urząd skarbowy (el SAT) odwiedziłem około piętnastu razy. Przestrzegam zatem, że osoby, dla których prawo jest wartością nadrzędną, muszą nastawić się na zwiększoną liczbę przeszkód i dłuższe terminy oczekiwania na załatwienie spraw.
Facilitatorzy, agenci, kojoci, gestorzy
Prowadząc biznes w Ameryce Łacińskiej, prędzej czy później zetkniesz się z osobą, której zadaniem jest pomoc w załatwianiu spraw. Najczęściej określani są oni mianem gestor, coyote, facilitator lub agente. Nazwy są różne, ale funkcja ta sama: ułatwianie i przyspieszenie przejścia przez gąszcz procedur. Ich usługi mogą okazać się nieocenione.
Dla wielu cudzoziemców rozmiar meksykańskiej biurokracji bywa zaskoczeniem. A wiem, o czym mówię, bo za pierwszym razem przeszedłem przez wszystkie procedury samodzielnie. Wydawałoby się proste sprawy – założenie spółki, konta bankowego, wpis do rejestru importerów (przyznawany wszystkim po złożeniu sterty zaświadczeń z automatu – rejestr jest po to, żeby był) – potrafią pochłonąć tygodnie, a nawet miesiące.
Mimo podejmowanych prób cyfryzacji, w połowie przypadków no hay sistema (system nie działa), a wypełnienie każdego wniosku wymaga użycia innej przeglądarki, przy czym trzeba jeszcze wiedzieć, kiedy usunąć ciasteczka, zmienić tryb przeglądarki lub uruchomić ponownie sesję. Zawsze śmieję się, że system informatyczny urzędu skarbowego pisany był przez czyjegoś bratanka, który umie trochę „klikać w kąkuter”, więc stryjo załatwił mu kontrakt rządowy. 😉
Nie jest bowiem żadną tajemnicą, że osoby zatrudnione na wyższych stanowiskach w instytucjach publicznych nierzadko są tam z nadania politycznego lub rodzinnych koneksji. Priorytetem nie jest sprawna obsługa interesantów. Skargi i zażalenia należy pisać na Berdyczów. Czasem można trafić na przyjaznego urzędnika, który szczerze będzie chciał pomóc, ale bardzo często problem wykracza poza jego kompetencje. Po prostu działając samodzielnie, trzeba uzbroić się w cierpliwość.
W praktyce wiele osób i firm decyduje się na pomoc lokalnych, wcześniej wspomnianych specjalistów – nie po to, by „kombinować”, ale po prostu, by skutecznie ruszyć z miejsca. Taki agent wie, z kim i jak należy porozmawiać i za z góry ustaloną kwotę załatwi wszelkie formalności. Warto przy tym zaznaczyć, że z Twojego punktu widzenia gestor najczęściej zrobi to w formie legalnej usługi, za którą otrzymasz fakturę.
UWAGA: Z uczciwością tego typu agentów bywa różnie, więc należy być ostrożnym i z góry ustalać koszty.
Czy to źle? To zależy od punktu widzenia. Z perspektywy Polaka/Europejczyka można spojrzeć na tego typu postacie jak na zbędne ogniwo – ale można też dostrzec w nich praktyczne rozwiązanie problemu, który w przeciwnym razie kosztowałby nas czas, pieniądze i mnóstwo frustracji.
Jeśli zdecydujesz się na takie usługi, do kogo powinieneś się udać?
Jeśli nie znasz nikogo takiego, zacznij od znajomych, którzy prowadzili biznes w Meksyku. Niemal na pewno mają kontakt do kogoś sprawdzonego. Posiadanie takiej osoby „od spraw trudnych” to tu standard. Niejeden tłumacz czy prawnik również będzie w stanie kogoś polecić, bo tego typu usługi są dosyć powszechne – tylko trzeba wiedzieć, gdzie szukać.
Zazwyczaj rozliczenie odbywa się „z góry” za załatwienie sprawy. Co się dzieje dalej z tymi pieniędzmi i czy gestor zatrzymuje je w całości, czy część przekazuje dalej – cytując klasyka: „nie wiem, ale się domyślam”. 🙂
W wielu sytuacjach Twój gestor ma kogoś w danym urzędzie, kto priorytetowo zajmie się Twoją sprawą. Często wynika to z tego, że sam jest byłym pracownikiem struktur państwowych. Dzięki temu – pomimo oficjalnego czasu oczekiwania wynoszącego kilka miesięcy – z pomocą odpowiednich znajomości potrafi się on skrócić kilkunastokrotnie.
Na koniec tego wątku: nie zachęcam do niczego nielegalnego i absolutnie odradzam wręczanie łapówek urzędnikom w urzędzie skarbowym czy COFEPRIS. Według mnie jest to głupi pomysł.
Ważna uwaga: nie traktuj tego systemu jak złośliwego wymysłu. Traktuj go jak koszt prowadzenia działalności. To, co dla nas może wydawać się absurdem, tutaj funkcjonuje od dekad. Możesz się frustrować – albo zaakceptować zasady gry i korzystać z ludzi, którzy naprawdę potrafią pomóc.
Inne rodzaje korupcji
Refresco (dosł. napój gazowany) – smar, który napędza tryby
W rzeczywistości w Meksyku refresco to coś więcej. To nieoficjalna waluta, którą załatwia się rzeczy „niemożliwe”. Coś jak nasze pół litra. Kiedy ktoś proponuje rozliczenie się refresco, nie chodzi mu wcale o napój. To drobna kwota rzędu 5–100 złotych. Moja teściowa (Meksykanka) pewnego razu podczas remontu miała do wywiezienia resztki starej podłogi. „Ładowacze nieczystości stałych” (zwani też śmieciarzami) załadowali odpady do śmieciarki, a że kosztowało ich to kilka dodatkowych kroków i kilkadziesiąt sekund, to poprosili o refresco. Dobroduszna kobieta, widząc ciężko pracujących fizycznie mężczyzn, zapytała, czy wolą wodę, czy colę. Wybrali gotówkę.
W każdym razie refresco nie jest postrzegane jako łapówka. Proponujesz tylko, żeby ktoś „poszedł się napić czegoś zimnego”.
Chcesz szybciej zarejestrować się w hotelu? Refresco. Zatrzymuje cię policja za drobne (często wyimaginowane) przewinienie? Refresco. W skrócie – jeśli ktoś mówi ci, że się nie da, a Ty masz przy sobie gotówkę, to najczęściej jednak się da.
Refresco nie jest to łapówka taka, jak my o niej myślimy, a raczej lokalna metoda smarowania kół biurokratycznej maszyny. Meksykanin wręcza refresco tak samo jak Ty i jest to dla niego czymś normalnym i oczywistym.
W ocenie większości osób wychowanych w kulturze europejskiej wydaje się to być nieetyczne. Trzeba jednak pamiętać, że system i ekonomia regionu ukształtowały tutejszą kulturę w inny sposób i świat działa tutaj po prostu nieco inaczej.
UWAGA: W relacjach biznesowych refresco nie działa. Oczywiście drobne prezenty – tak jak wszędzie – są miłym gestem, ale nie może to być drobna gotówka. Jeśli ktoś oczekuje poważniejszego gestu, przyjmie to inną formę. Jeśli chodzi o prezenty, sugerowałbym raczej drobne upominki z Polski. W moich działaniach biznesowych dobrze sprawdziła się wódka (abstynencja nie jest tu powszechna) i inne wyroby regionalne, spożywcze lub nie; osobiście unikałbym podarunków z logo firmy. Drobne prezenty traktowane będą jako niezobowiązujący podarunek, element budowania relacji, a nie coś, co sprawi, że klient kupi akurat od nas.
Mordida (dosł. ugryzienie, kęs), czyli klasyczna łapówka
Mimo że działam w Meksyku od dłuższego czasu, osobiście nigdy nie byłem w sytuacji, kiedy tego typu przekupstwo było konieczne (lub przynajmniej zostałoby mi zasugerowane), ponieważ w prowadzonych przeze mnie działaniach polegam na dystrybutorach, którzy zajmują się tą częścią biznesu. Dlatego będę tu bazował na informacjach pozyskanych od lokalnych dystrybutorów i znajomych mi osób różnych narodowości działających biznesowo w Meksyku. Pracując z lokalnym dystrybutorem, najczęściej nie dowiemy się, że dochodzi do tego typu praktyk.
Opiszę jednak zjawisko, bo jest ono dla mnie bardzo ciekawe.
Zazwyczaj wygląda to tak: ktoś z „upoważnieniem” (dyrektor, szef działu, kuzyn burmistrza) ocenia ofertę i mówi, że sprawa jest jak najbardziej możliwa, ale… daje do zrozumienia (nigdy wprost), że trzeba się podzielić. Nie usłyszysz wprost słowa mordida, dlatego trzeba być wyczulonym na subtelność komunikacji. Częstym sformułowaniem padającym w tej sytuacji jest „ayudame ayudarte” (pomóż mi sobie pomóc). Standardowo jest to 2–3% od wartości kontraktu, więcej przy zamówieniach publicznych. Świetna oferta i dobry produkt są oczywiście istotne, ale to nie one zdecydują o tym, kto dostanie kontrakt. Trzeba to zaakceptować jako rzeczywistość i nauczyć się w niej funkcjonować.
Oczywiście należy to brać pod uwagę, ustalając cenę usług. W ostateczności aspekt ten musi być przecież uwzględniony w cenie, którą płaci klient. Często płatność przybiera kreatywną formę: zatrudnienie konkretnej firmy do „wsparcia projektu” (firma oczywiście nic nie robi), „warsztaty szkoleniowe” w Europie i inne usługi, które pozostawiam domysłom Czytelnika.
Generalna zasada jest taka: większość dużych kontraktów – czy to publicznych, czy prywatnych – wiąże się z jakąś formą „motywacji dodatkowej”. Oczywiście nawet niektórzy Meksykanie w tej sytuacji mówią „nie”. Wtedy jednak najczęściej trzeba pogodzić się z tym, że kontrakt pójdzie do konkurencji, która gra zgodnie z lokalnymi zasadami.
Jak się w tym odnaleźć?
W Meksyku da się prowadzić biznes uczciwie, ale trzeba mieć świadomość lokalnych realiów. Korupcja przyjmuje różne formy: od drobnych refrescos, przez pomoc gestorów, aż po poważniejsze mordidas. Nie musisz brać w tym udziału, ale jeśli się nie dostosujesz, życie (i biznes) będzie tu zdecydowanie trudniejsze. W praktyce najważniejsze są elastyczność, zdrowy rozsądek i – przede wszystkim – lokalne kontakty.



